9.09
2013

Miłość jest ślepa

Jest coś dramatycznego w stanie zakochania, bo mimo, że jest to moment pełen ekscytujących przeżyć, to w końcu jednak odbiera wówczas człowiekowi rozum, przez co zupełnie traci on kontakt z rzeczywistością, obiektywnością, a nierzadko także z resztkami zdrowego rozsądku. Wydaje się to więc doskonały przykład na to, by objaśnić jak niezwykła jest siła idealizacji i jak istotną odgrywa momentami rolę w życiu każdego z nas.

Zdarza się, że gdy serdeczny przyjaciel przedstawia nam swoją nową wybrankę popadamy w kłopotliwą konsternację, bo orientujemy się, że w rzeczywistości prezentuje się ona biegunowo inaczej, niż postać z jego opowiadań. Taka rozbieżność wynika ze zrozumiałego stanu oślepienia, jakiemu pod wpływem silnych endorfin, uległ chwilowo nasz kolega. Oznacza to więc, że obecnie postrzega i interpretuje on świat w nieco zakrzywionym świetle. Naturalnie nie jest powiedziane, że pokłosiem tego przejściowego zaślepienia musi być pomyłka, bo przecież gdy przeminie już pierwsze urzeczenie, to wyłaniający się obraz realnej wybranki, wciąż pozostawać może trafny i dopasowany. Zatem nie ujmując nic samemu zakochaniu, a jedynie wykorzystując panujący w tym czasie stan umysłu, przyjrzyjmy się nadzwyczaj fascynującemu zjawisku, czyli idealizacji. Jest ona niezwykłą pokusą, której od czasu do czasu ulegamy wszyscy, mianowicie zdumiewającą skłonnością do umieszczania w innych cech, których oni sami nierzadko w ogóle nie posiadają.

Jak sugeruje już sama nazwa, idealizacja polega na nieco bezkrytycznym nadaniu wyjątkowych cech drugiej osobie (warto też wspomnieć, że dotyczyć ona może właściwie wszystkiego np. organizacji, grup społecznych, grup wyznaniowych, ideologii, partii politycznych itp.). Idealizacja w okresie zakochania jest oczywiście zupełnie naturalna i nikogo nie będzie dziwić, jednakowoż to wtedy właśnie ulegamy jej na tyle dobitnie, że przy tej okazji kuszące wydaje się opisanie jej zjawiska.

Otóż w życiu jest tak, że nieustannie odbijamy się od brzegów idealizacji i jej odwrotności- dewaluacji. Wciąż więc dryfujemy pomiędzy zachwytem i rozczarowaniem, popadamy w uwielbienie, by następnie przeżyć zawód- i tak w koło (mówiąc o zawodzie mam na myśli urealnienie, czyli nie zawsze będzie to spektakularny upadek czegoś, co w przesadny sposób było gloryfikowane). Jest to naturalny, nieunikniony cykl, który dotyczyć będzie wielu obszarów naszego życia, i przez który przyjdzie nam wielokrotnie się przetoczyć. Ktoś, kto spotyka na swojej drodze nową miłość, podlegać będzie więc tej samej regule. Początkowo wzniesie ją na szczyty uwielbienia, by następnie ją urealnić, przyznać wady, dostrzec skazy i ukonstytuować niedociągnięcia- słowem uczłowieczyć. Zanim to jednak nastąpi ukochana osoba będzie w posiadaniu wszystkich upragnionych doskonałości, a to z kolei jest dobry moment by przyjrzeć się, jakie symboliczne znaczenia mogą się pod tymi upragnionymi cechami skrywać. Często bowiem treści tam zawarte, będą też cenną wskazówką do tych pochowanych miejsc naszej własnej emocjonalności, w których czujemy obecnie braki, których psychicznie jakoś potrzebujemy, za którymi usilnie tęsknimy i których głęboko gdzieś pragniemy.

Komuś w stanie zakochania trudno raczej będzie dokonać takiej samoobserwacji, właściwie wydaje się to oczywiste. Zrozumiałe, że mało kto porwany namiętnością, prowadził będzie w tym czasie ambitne, wewnętrzne rozważania, do tego należy też dodać, że trudno jest być solidnym obserwatorem dla samego siebie. Zatem to, jak silnie daliśmy się ponieść iluzji, najprędzej dostrzegą nasi najbliżsi oraz osoby z otoczenia. Oznacza to tym samym, że idealizacja, nas samych trzyma raczej z daleka od samokrytycyzmu.

W tym miejscu dobrze byłoby podkreślić również, że różną reprezentujemy skłonność do ulegania idealizacji. Są tacy, którzy trzymają się na tyle mocno rzeczywistości, czasami z towarzyszącą temu wręcz skłonnością do pesymizmu, że nie dadzą się zbyt łatwo wchłonąć w jej mechanizmy. Inni z kolei właśnie w niej odnajdywać będą zaspokojenie wewnętrznych niedosytów.

Różne bywają powody, dla których trzymamy się obrazu stworzonego przez nas samych, i służącego naszym własnym potrzebom. Zjednoczenie z kimś, kto tak naprawdę powstał jedynie w naszym umyśle, kimś kto według naszej wiary jest idealny i wszechmocny, w dużej mierze przyczyniać się ma do odzyskiwania własnego poczucia bezpieczeństwa. Uważa się, że im bardziej czujemy się słabi, podrzędni i zależni, tym chętniej lokować będziemy w kimś omnipotencję, wszechwiedzę i nieomylność, a wszystko po to, by doświadczać wewnętrznej ulgi i równowagi. Niechęć aby przyznać, że nasz doskonały obiekt także ma swoje wady świadczyć może, że za wszelką cenę staramy się uniknąć starcia z własnym lękiem i bezradnością. Doświadczenie nieprzyjemnego rozczarowania, jakie wiązałoby się z uczłowieczeniem drugiej osoby, na tyle zachwiałoby wewnętrznym spokojem,  że jedynym słusznym rozwiązaniem wydaje się wówczas trwanie w iluzji. Im bardziej ktoś stara się pozostać w takim złudzeniu, tym bardziej przypuszczać można, że wewnętrzny świat tej osoby targany jest mnóstwem niepokoju i brakiem pewności siebie.

Zatem gdy idealizacja jest nadmierna, trwa zbyt długo, gloryfikowany obiekt nie urealnia się i konsekwentnie pozostaje bez cienia wady, to mamy wówczas do czynienia z silnym wewnętrznym procesem, powołanym by strzec emocjonalnego balansu. W skrajnych przypadkach bywa, że pragnienie owej iluzji jest na tyle silne, że właściwie nie pozwala na dłużej związać się z drugim człowiekiem. Osoby, których to dotyczy często zmieniają partnerów, wciąż na nowo się zakochują, ulegają euforii i miłosnej ekscytacji, po to właśnie, by nieustannie doświadczać owej iluzji i trwania w doskonałości. Z czasem więc, gdy ukochany (ukochana) nabiera cech bardziej ludzkich, i staje się mniej interesujący/a, musi zostać porzucony (porzucona).

Wróćmy jednak do bardziej standardowej wersji zakochania, która dotyczyć będzie raczej większości z nas. Gdy przeminie już bowiem stan największej namiętności i ponownie pozyskamy zdolność postrzegania rzeczywistości, warto poddać się pewnym wewnętrznymi rozważaniom. Jakich oto cech pragnęliśmy u naszych ukochanych? Jakie z nich utracone zostały w procesie urealniania? I których po owej utracie, jakoś szczególnie nie potrafimy odżałować? Odpowiedzi mogą kryć jakąś sugestię do tego, co w naszym wnętrzu wciąż pozostaje nienasycone i czeka cierpliwie swego zaspokojenia. Gdzieś bowiem w obrazie tego drugiego człowieka staraliśmy się dotknąć samych siebie, swoich opuszczonych części i dziecięcych tęsknot. A wszystko to ze zwykłej troski o swój własny stan ducha.

 

Magdalena Tymińska

 

Literatura:

McWilliams N. (2009), Diagnoza psychoanalityczna, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne