2.06
2013

GDY ŻYCIE UTKNĘŁO. Wstęp do autoanalizy.

Choć brzmieć to będzie mało optymistycznie, niniejszym zaczniemy od ponurego dość stwierdzenia, iż nie ma takiego człowieka, który przeszedłby przez życie bez uczucia frustracji, cierpienia i bólu. Bywa, że krytyczne momenty są skutkiem zewnętrznych okoliczności. Wydarzeń, na które nie mieliśmy wpływu, niezależnych od nas, będących w całości poza naszym zasięgiem. Chwile te, w zrozumiały sposób stają się sprawcami wahnięć w obszarze naszej psychiki i emocjonalnej równowagi. Ale bywa też i tak, że niepokój w przeżyciach, zasiany zostaje przez coś o wiele trudniejszego do zdemaskowania, mianowicie przez nas samych.

Jest we mnie coś jeszcze

Tak skonstruowana już jest nasza natura, że nieustannie podlegamy konfliktom rozgrywającym się wewnątrz naszego psychicznego świata. To, jak radzimy sobie z tymi konfliktami, w znacznej mierze decyduje o jakości naszego życia. Jest szereg mechanizmów, których używamy w tej niekończącej się rozgrywce, a których naczelną funkcją jest ochrona naszej emocjonalności. Z tytułu swojego zastosowania noszą one nazwę mechanizmów obronnych. Ważne, by w tym miejscu zaznaczyć, że ich zbyt sztywna albo zbyt luźna struktura może być jednak kłopotem. Wówczas to, do naszej świadomości, przedzierać się mogą różne przykre uczucia, osłabiające poziom ogólnej satysfakcji z życia.

Bardzo wiele osób bez kłopotu będzie umiało wskazać na obszar, który wywołuje ten psychiczny dyskomfort. Dla znacznej jednak części, pozostaje on  tajemnicą,  która dopiero wymagać będzie eksploracji.

Błąd, który wciąż powtarzam

Pewnym sygnałem ostrzegawczym może być powtarzalność popełnianych błędów. Jeżeli zauważamy w sobie tendencję do wchodzenia w sytuacje, z których właściwie każda przypomina scenariuszem poprzednią, to znak że uparcie coś odtwarzamy. Każdy z nas, ma za sobą choć jedno takie doświadczenie, gdy z tyłu głowy tli mu się przeczucie, że kierunek naszego postępowania jest niewłaściwy. Zamiast jednak wyrwać się z jego objęć, konsekwentnie w nim tkwimy. Zostawmy jednak incydentalne wydarzenia i powróćmy do tych, co trwają od pewnego już czasu. Otóż muszą wydarzyć się dwie rzeczy, abyśmy podjęli próbę wyrwania się z błędnego koła. Pierwsza: musi przydarzyć się kryzys, który jest konsekwencją naszych decyzji. Druga: nie umiemy poradzić sobie z następstwami tego kryzysu. Najczęściej dopiero te sytuacje skłaniają nas, by wnikliwie i na poważnie pochylić się nad samym sobą i tym, dokąd właściwie zmierzamy?

Odzyskując spokój i wolność samodecydowania

Zanim podejmiemy się niełatwego wyzwania, jakim jest odbudowa własnych uszkodzonych części, przyjdzie nam zmierzyć się z poważnie zniechęcającymi trudnościami. Są nimi lęk przed poznawaniem siebie, oraz lęk przed zmianą. Budzą one na tyle duży niepokój, że nawet najbardziej zdeterminowanego, mogą skłonić do rezygnacji. Zachętą niech będzie to, że jeśli przetrwamy w uczuciach obawy i wewnętrznego zamętu, ukarze nam się nowa perspektywa siebie samego. Choć proces  ten jest niewątpliwie długi i trudny, to z pewnością ma ogromną moc uwalniania. A to uwolnienie, jak mówił Freud, pozwala nam odzyskać „wolność dokonywanych wyborów”. Pozwolę sobie stwierdzić na koniec, że z żadną inną myślą tego znakomitego człowieka, nie zgadzałam się tak bardzo.

 

 

 Magdalena Tymińska